Nie mam szczęścia do mężczyzn, nie mam szczęścia do związków, ciągle trafiam na tych niewłaściwych. Kiedy w końcu pojawi się ten jedyny…?- wzdycha utęskniona, ale nie za nim, lecz za samą sobą… Unoszone nostalgią pytanie- niczym balonik wznosi się ku górze… wraz z nim opary emanującego z jej ciała smutku.

Kobieta, która twierdzi, że ciągle trafia na niewłaściwych mężczyzn po prostu nie widzi tego, co się między nimi dzieje, nie jest tego świadoma, bo nie widzi samej siebie.

Kiedyś i ja byłam taką kobietą. Trzy wieloletnie związki, w tym dwa rozwody, ocean łez, frustracja, poczucie bycia ofiarą tych niedobrych, toksycznych mężczyzn.
Przez lata nie chciałam widzieć… wcale się temu nie dziwię, bo ból rozpoznania tego, że to nie ich lecz mój własny jad był moją trucizną- momentami stawał się nie do wytrzymania. Jak znaleźć w tym przestrzeń na to rozpoznanie bez samo krytyki czy rozczarowania swoją osobą….? 
Ten ból jest nie tylko fizyczny, jest mentalno emocjonalny. Kiedy w mocy pragnienia stworzenia pierwszej prawdziwej, opartej na zrozumieniu relacji musimy stanąć twarzą w twarz z obrazem, na którym nie jesteśmy już takie biedne i poszkodowane.

Ten czas to długie tygodnie stopniowego uchylania pokrywy naczynia własnych iluzji. Dym przez dekady snutych opowieści o tym jak to nie mamy szczęścia do związku, który cieszy i te chmury kolejnych nadziei- prowadzące do tych samych, znanych nam już dobrze rozczarowań. Romantyzowane historie… te które chyba najtrudniej puścić wolno, bo tak starannie i długo pielęgnowałyśmy w sobie ten sentyment, wizje wyjątkowości relacji, których wcale nie było.
I stoisz w tlących się już ostatkiem sił ruinach własnych wyobrażeń i przychodzi myśl o tym czy to przypadkiem wszystko Ci się jedynie nie śniło…

Kiedy spoglądam wstecz na moje życie- nie mogę wyjść z podziwu, jak mogłam tak samo destrukcyjnie funkcjonować. Sęk w tym, że nigdy nie była to moja czy Twoja wina, lecz jedynie przekazywany pokoleniowo schemat, wbudowany w nasz wewnętrzny system obraz dynamiki relacji. Skrajności kata i ofiary, oczekiwanie że to ktoś ma nas dopełnić, bo nie rozumiałyśmy że tylko i wyłącznie my możemy to zrobić dla siebie same.

Wtedy dopiero pełnia spotyka się z pełnią i mogą tańczyć razem, u swego boku jeden wielobarwny taniec.

Każdego tańca musimy się- jak to w życiu- nauczyć. Praktyka czyni mistrza, ale pamiętajmy że praktyka rozpoczyna się dopiero, gdy połączymy dwa podstawowe składniki: świadomość własnych kroków oraz odwagę, by dać się prowadzić życiu, by pewnych rzeczy po prostu nie musieć wiedzieć, by ufać.

Jeszcze kilka lat temu byli obok mnie ludzie, których twarze krzywiły się na widok tego, czym się z miłości do siebie i życia zajmuję. Tak to widziałam, tak tego doświadczałam. A konsekwencją tego były moje codzienne projekcje bycia umniejszaną, nie traktowaną poważnie, nie wartą.

Czułam się z tym źle w czujności pozostając na każdy najmniejszy przejaw braku akceptacji mojej osoby. Winiłam ich, oceniałam, odpychałam ich sposób postrzegania, czułam złość, budowałam mur myśląc, że to oni to robią. Po czasie zrozumiałam, że to nie oni mnie nie przyjmowali, ale to ja samej siebie nie umiałam wtedy w pełni przyjąć. 
Wiesz o czym mówię…?

By ktoś przyjął nas w pełnej odsłonie- to my same najpierw musimy przyjąć tak całkiem, w pełni siebie. Nikt nie może zrobić tego za Ciebie.

Dziś wszystko już wygląda inaczej, choć życie zawiera wciąż to samo, te same formy, emocje, myśli, sytuacje. Ja widzę wszystko na nowo, czuję wdzięczność.
Wakacje z dziećmi, krzątający się po kuchni mężczyzna- ten którego jako pierwszego prawdziwie przyjęłam do swego serca, bo w końcu samą siebie uznałam taką, jaką jestem i każdego dnia wciąż uczę się to robić. Wzrastamy w naszej miłości, uczymy się jej od siebie, w sobie, dla siebie, dla nas…dzielimy się, by każdy mógł doświadczać czym jest Nasza (Wasza, Twoja) Miłość.

Dawniej nie miałabym przestrzeni, by w porannym popłochu usiąść i pisać jak teraz. Czułabym się winna, a moja własna wina byłaby mi przez jego wytykanie zaznaczona. Co bym wtedy nawykowo powiedziała? Że jest zły, że mnie nie rozumie, nie wspiera, że jestem w tym wszystkim sama- przeciw całemu światu…. 
Dziś po prostu tu Jestem. Dzieci jedzą śniadanie, on się krząta- zupełnie jak lata temu, mój poprzedni mężczyzna. Tyle, że ja czuję się już wdzięczna i wolna. Siadam, by spisać te spontanicznie spływające słowa, a on wspierającym głosem pyta: kochanie, czy przymknąć Ci drzwi? Ogrania mnie kolejna fala ciepła, miłości do życia, że pozwoliło mi dojrzeć to, co najcenniejsze- swoją własną wartość i ją przyjąć. Bo tylko wtedy i on może Ci ją darować.

Prawdziwą miłość, spełniony związek- każdego dnia o milimetr głębiej się odkrywa i trzeba ją pielęgnować. Wizja wymarzonego partnera na nic się tu zda jeśli nie jesteśmy w miejscu, w którym widzimy i uczymy się przyjmować coraz bardziej siebie same.
Receptą szczęśliwej relacji nie jest bowiem jakiś czekający na nas w świecie ideał, przysłowiowa druga połowa.
Jest nią świadomość swoich własnych nawyków, oczekiwań i zachowań. Jest nią gotowość, by u boku tego, który staje Ci się coraz bliższy- każdego dnia na nowo wybierać przejrzystość spojrzenia, przyzwolenie na bycie tą, którą jesteś teraz i którym on jest obok Ciebie. 
Kiedy wzrokiem docenienia spoglądasz na siebie i na niego- każde z Was, mimo zaprogramowanych obaw, bardziej i śmielej obnaża swoją prawdziwość. Maski i dekoracje zostają zamknięte w pudełku ‘na specjalne okazje’, a Wy w ciekawości i zdumieniu uczycie się razem tańczyć taniec, w którym Wasze indywidualne kroki splatają się w spełnieniu wspólnego ciepła i bliskości.
I nagle, ku swemu zdziwieniu rozpoznajesz, że masz ogromne szczęście do właściwych mężczyzn, że oni zawsze byli blisko Ciebie…. czekali aż Ty sama otworzysz się na siebie…

————————

Prosty i głęboki proces powrotu- najpierw do siebie, a potem- wychodzenia poza destrukcyjne mechanizmy, w ramach relacji, by otworzyć się na spełniony związek- znajdziesz na mapie kursu ‘Nasza Miłość’.

Jest on dostępny do zakupu JEDYNIE DO JUTRA, czyli czwartku.